Wprawdzie był to turniej mały (zaledwie 94 osoby, w tym 4 Polaków), jednak ciężko powiedzieć, że nic się tam nie działo.
Ale od początku. Piątek rozpoczął się dość specyficznie. Nie mając ekipy na team sealed, postanowiłem liczyć na łut szczęścia. Z 2 świeżo poznanymi osobami stworzyliśmy ekipę o wdzięcznej nazwie PUG (o jedno G za mało, ale nieważne). Jeśli ktoś grał w wersję online wie jak to jest z takimi. Czasami jest to mordęga, ale co jakiś czas trafi ci się taka ekipa, że...
Byliśmy trzeci. Z wynikiem 5:1, ciężko powiedzieć aby ktoś z nas był nieszczęśliwy. wprawdzie składając talię musieliśmy podzielić monstery i hordę na 3 talie (alliance trafiliśmy wręcz tragiczny) to nie było tak źle. Miałem tematycznego horde maga na murlockach i sporej ilości zabawek. Do tego pojedynczy finisherzy i jakoś to poszło.
Potem odkryłem, że ekipa Gnimsha (Codename: Wiewiór) wygrała ten turniej. Nie mieliśmy co narzekać na dzień 0. Oj nie mieliśmy.
Następnego dnia zaczęły się "schody". Ze względu na problemy z dostaniem się do budynku było obsunięcie godzinne. Choć z drugiej strony... siedząc na schodach 10 metrów od plaży, pacyfikując lokalne bagietki i grzejąc się w porannym słońcu wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że taki poranek wynagradza wszystkie niedogodności z powodu lokalizacji turnieju.
Potem zaczął się DMF. Moja paczka w najlepszym wypadku przeciętna. Wprawdzie udało mi się zdobyć 4:3, ale i tak byłem o 2 zwycięstwa za daleko od topa (przegrałem głównie wczesne tundy). Szkoda, choć nie mam wyrzutów. Mimo popełnionych błędów, wynik nie jest jakiś tragiczny. Choć i tak fenomenem tamtego dnia był Hans Hoeh, który zrobił 7:0 nie mając żadnej rare'owej bomby. A pocisnął między innymi Jeffreya mającego
Mazu'kon
,Grand Crusader
,Farseer Nobundo
,Alana the Woebringer
. Swoją drogą ten ostatni był odpowiedzialny za moją pierwszą przegraną...Potem był draft. Ten niestety skończył się spektakularną porażką. Ale nie ma tego złego - wyciągnąłem wnioski z moich błędów w draftowaniu i w grze i postanowiłem spróbować następnego dnia.
Niedziela - dzień wypoczynku. Radośnie zaspałem na 2 packa, porobiłem zdjęcia, poopalałem się, a potem zagrałem drafta.
Całkiem ambitnego - posadziło mnie między Luką Magnim a Jeffreyem (Niedaleko usadowiono też Marka McKiernana). Dzięki radosnym boosterkom (pokroju 4-5 kart klasy "1st pick", czy rarowym zabawkom które otworzyłem), złożyłem całkiem solidną talię. Malfurion, Zazzo czy Mindbender śmigały jak złoto. Do tego buldrugg oraz parę innych zabawek... Można było niszczyć!
A potem... w finale spotkałem Jeffreya. Liczyłem na rewanż, jednak jego zestaw okazał się najbardziej niszczycielski. Tutaj w sporej mierze pomogła mu lokalizacja, jednak nie ukrywam, że za każdą kartą stał plan. Stoczyliśmy trzy bardzo interesujące pojedynki. Zemsty za DMFa jednak nie było. Musiałem się zadowolić 4 boosterami nagrody. Ale i tak nie mam na co narzekać.
Potem zaczęła się podróż powrotna. Ta, tak samo jak przyjazd
Końcem końców wyjazd można zaliczyć do udanych. Nie tylko podszkoliłem się w grze, spotkałem masę starych znajomych, poznałem kilka nowych osób, ale ogólnie spędziłem te kilkanaście dni w bardzo pozytywnej atmosferze. Były momenty smutku - jak przy każdej przegranej. Jednak cała reszta przysłania takie drobnoski
No i zareklamowałem MazuCona. Odzew pozytywny, co bardzo cieszy.
A Theo i Ismar zdobyli drugi poziom sędziego!
I powiedzmy szczerze. Jak można nie być zadowolonym z takiego wyjazdu mając takie widoki na turnieju?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz