niedziela, 16 października 2011

Funny sealed time

Release już za mną, tak samo jak pierwszy draft.
Wrażenia? Jak najbardziej pozytywne. No, ale zacznijmy od początku.
Najpierw zagraliśmy Release Celbration we Wrocławiu. Myślałem, że mój zestaw jest dość nieuczciwy (Grand Crusader, Gilbin Deathscounger, Throne of the Tides), do tego parę dopałek, jednak... myliłem się. A przynajmniej częściowo. Wybrałem alliancowego paladyna ze względu na dwa empowery, które mi się trafiły oraz druida, który rośnie za każdy podczepiony pod niego attachement (miałem 2 neutralne i 3 paladyńskie). Więc ogólnie zesta dość solidny, zwłaszcza że mimo sporego nacisku na dropy do 2 many wrzuciłem też parę cięższych stworków, ponieważ na jednej karcie bazować nie zamierzałem.
Skończyło się na 2-2, co pokazało mi dość dosadnie, że nie można aż tak polegać na jednej karcie (Choć wydawało mi się, że aż tak na niej nie bazuje. No cóż...). Podczas czwartego meczu - z Wojtkiem "Theo" Budą najpierw udało mu się mnie zjeść 2-0, po czym grając już for fun raz umarł w czwartej turze a raz w piątej. Podejścia niemalże idealne. To dość dobry przykład tego, jak niestabilne - a przez to niebezpieczne są takie pomysły. Na większym turnieju dwie takie przegrane na sealed czy drafcie mogą kosztować kwalifikacje do następnego dnia.

Następnie poszliśmy zagrać drafta. Wprawdzie pod był niepełny, jednak stwierdziliśmy, że warto by było i tak zapoznać się z nadchodzącym dodatkiem od tej strony. Tym razem zdarzyło mi się draftować maga. Z zabawek które dobrałem był Ozumat (wygrywający mi większość gier, w jednej partii 3 razy wszedł w stół), Gobbler oraz Monstrous Frostbolt Volley (który wygrywał mi to, czego Ozumat nie był w stanie). I powiem wam, że taki zestawik, połączony z odpowiednim curve robi bardzo dużo. Graliśmy każdy z każdym, a ja zachowałem czyste konto. W małych grach miałem tylko dwie przegrane, z czego jedna na własne życzenie. Zamiast ability (kopiąc po monstrousa) powiedziałem ally, ale była już druga w nocy, więc cóż... zmęczenie robi swoje, a zmusić się do myślenia o tej porze było trudno. No, ale Ozumat szalał na prawo i lewo.
Jeśli nie zauważyliście czegoś dziwnego w poprzednim akapicie - już spieszę z wyjaśnieniami. Mówiłem, że w jednej grze  mój leviatanik wskoczył trzy razy - to jest kolejna rzecz, na którą trzeba się przygotować. Nieważne jak silne krowy dobierzesz - w tym bloku jeden finisher to często zdecydowanie za mało. Jest dużo silnych kart, zabicie czegoś co ma 8 w plecach nie jest tak niesamowitym dokonaniem jak było jakiś czas temu. A ja swojego traciłem ciągle, a 10 w przeciwnika nie strzeliłem ani razu. Miejcie więc to w pamięci.
I to by było na tyle dzisiejszej mini notki - jest ona niestety na szybko, jednak w innym wypadku musiałbym ją przesunąć o 2 dni, a nie chcę. Zwłszcza, że Cryptozoic ruszył ze swoim programem w pełni i muszę spełniać wymogi!
To spotkanie z formatem limited było czymś w stylu gry wstępnej. Rozejrzenia się po nowym terenie, dokładne obserwacje będą miały miejsce niedługo (mam nadzieję) - dam wam znać jak tylko będę mógł dogłębniej zbadać temat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz